Admin: Jak to przyjęłaś?
Agnieszka: Czułam się (werbalnie) zaatakowana i oskarżona o coś czego nie zrobiłam. No dobra, może miała trochę rację, przyznaję. Przez ten upał nie bardzo mi się chciało pracować aż tak ciężko jak może powinnam. Ale to nie znaczy, że się lenię albo zaniedbałam dom. Po prostu starałam, się to trochę zoptymalizować. Po co sprzątać w kółko coś co wydaje się i tak czyste.
Admin: No właśnie, wydaje się. Ale wróćmy do spaceru z psem.
Agnieszka: Pani Teresa gdzieś poszła a ja po bardzo krótkiej chwili pomyślenia wróciłam do swojego pokoju, delikatnie zamykając drzwi. Szybciutko przebrałam się w swoje wygodne ciuchy i na paluszkach szłam w stronę kuchni. Chwyciłam smycz (co zostało błyskawiczne dostrzeżone przez pieska). Zanim jednak dotarłam do drzwi „służbowych”, stała w nich Pani Teresa. Jak ona się tam zjawiła nie wiem. Zlustrowała mnie z góry do dołu (znowu) i zapytała mnie dokąd się wybieram. Odpowiedź wydawała mi się oczywista. Jak to miała już w zwyczaju (choć w sumie to ten zwyczaj zaczął się tego samego dnia), powoli i wyraźnie zapytała mnie: „Której części zdania dotyczącego stroju służbowego nie zrozumiałaś?”
Admin: Wyjście z psem było częścią twojej pracy
Agnieszka: W tym momencie to do mnie dotarło. Wróciłam do pokoju się przebrać. Wróciłam z powrotem do drzwi kuchennych. Jej wyraz twarzy był dalej taki sam, neutralny. Jakby to było dla niej zupełnie oczywiste. Wręczyła mi klucz i zamknęła za mną kuchenne drzwi. Klatka schodowa była ponura. Nie wyglądała tak ładna jak główne wejście. Zamiast pięknego żyrandola, marmurowych schodów i portiera, schodziłam wąskimi schodami z lekko mrugającą jarzeniówką. To tylko kilka schodków, nic strasznego się nie dzieje, pomyślałam. Pies zaczął szczekał aby wszystkim oznajmić że idziemy na spacer. Otworzyłam drzwi na zewnątrz i uderzyło mnie gorąco. Na dworze nie było nikogo. Zobaczyłam tylko zaparkowane samochody i rażące słońce. Jak najszybciej jak to było możliwe wyszłam na łąkę za rogiem aby pies zrobił swoje. Bałam się naprawdę, że mnie ktoś zobaczy. Czułam że zdałam jakiś test z oceną celującą.
Admin: Po powrocie miałaś zająć się prasowaniem
Agnieszka: W między czasie wróciła Claudia. Weszłam do jej pokoju. Siedziała na łóżku ze słuchawkami na uszach i laptopem. Kątem oka na mnie spojrzała, nawet nie skomentowała, mimo że pierwszy raz widziała mnie w tym stroju. Pozbierałam rozrzucone ubrania i wrzuciłam je do pralki. W między czasie zaczęłam przygotowywać kolację. Do kuchni zaglądnęła Pani Lucia. Powiedziałam „Dzień Dobry”. Usiadła przy stole kuchennym i popijając zimny sok zaczęła nawijać przez telefon ze swoją przyjaciółką. Tak jakby ostentacyjnie narzekała na upał. A co ja miałam powiedzieć?
Admin: Wróciłaś do pomieszczenia gospodarczego
Agnieszka: Może się wyda to śmieszne, ale nie wiedziałam wtedy że istnieją takie urządzenia jak pralko-suszarki. To było dla mnie duże ułatwienie. Ubrania były od razu suche, więc wystarczyło tylko chwycić żelazko, raz dwa i robota zrobiona.
Admin: Więc w końcu miałaś trochę luzu
Agnieszka: W pokoju znajdowało się tylko malutkie okienko, a co więcej, było to jedyne pomieszczenie w całym domu w którym „zapomniano” zamontować klimatyzacji. Od pary żelazka robiło się naprawdę gorąco więc faktycznie postanowiłam sobie dać trochę luzu. Odpięłam fartuszek (ta część garderoby wydawało mi się naprawdę zbędna) i położyłam go na krześle obok. Radość nie trwała jednak długo. Po mniej więcej 10 minutach drzwi nagle otworzyły się i stanęła w nich, nie kto inny, a Pani Teresa. Bez słowa podniosła fartuszek i przypięła mi go z powrotem. Tym razem obyło się bez zbędnych słów.
Admin: Jak zaczęły wyglądać twoje następne dni?
Agnieszka: Od poniedziałku rano Claudia wróciła do szkoły. Moim pierwszym zadaniem było odprowadzenie jej do szkoły. Uniform to była świętość. Gdybym choć odważyła się go poluźnić z pewnością doniosła by o tym do Pani Teresy. Pierwszego dnia naprawdę nie chciałam wychodzić tak ubrana. Czułam się naprawdę upokorzona. Ale dy zobaczyłam, że inne dzieci też były przyprowadzane przez umundurowane gosposie zrobiło mi się na duchu lżej. Widocznie tak to tutaj wygląda. Potem wracałam i brałam się za sprzątanie. Wyprowadzałam psa i zaczęłam chodzić też na zakupy. Mundurek ciągle kleił mi się skóry. Był dla mnie naprawdę niewygodny. Ale co ja mogłam na to poradzić? Z drugiej strony, przecież nikt mnie tu nie zna. Nikt ze znajomych mnie nie zobaczy. Początkowo naprawdę myślałam (teraz do głupie, wiem) że ludzie będą mnie wytykać palcami, wzgardzać, śmiać albo spuszczać wzrok. Nic takiego nie miało miejsca. Byłam raczej ignorowana, stanowiłam część tła. Ot kolejna służąca w dzielnicy. Ale za to sprzątanie, które od momentu podjęcia pracy wydawało mi się najprzyjemniejsze, stało się dla mnie najgorszym koszmarem.
Admin: Praca stała się dla ciebie więzieniem.
Agnieszka: Zapomniałam co to znaczy czas wolny. Według Pani Lucii przysługiwało mi dwie godziny przerwy w ciągu dnia, ale to zamieniło się „dwie godziny przerwy jeśli zdążysz wszystko zrobić”. Mimo moich nadludzkich wysiłków nie zawsze to mi się udawało. Albo raczej powinnam powiedzieć, prawie nigdy. Mieszkanie miało być nieskazitelnie czyste, na granicy sterylności. Kabiny prysznicowe (albo wanny z hydromasażem), umywalki, toalety – często z brzydkimi niespodziankami. Nie było chyba dnia żeby Claudia (która się w tym lubowała) zostawiała ją w przyzwoitym stanie. Lustra i krany na błyski. Codziennie prane ręczniki łazienkowe. Podłogi zawsze na kolanach. Bez wyjątku. Raz w tygodniu fugi, szczoteczką. Dwa razy dziennie (po śniadaniu i po obiedzie) kuchnia. Blaty, zlew, talerze z resztkami jedzenia. Dobrze, że była zmywarka, ale delikatne szkło (kieliszki) i drogie, chyba pozłacane sztućce musiały być myte ręcznie. Regularne czyszczenie lodówki, zamrażarki, piekarnika. O tym jak należało czyścić podłogę nie muszę chyba dopowiadać.
Admin: Dużo…
Agnieszka: A to dopiero łazienka i kuchnia. Codzienne ścielenia łóżek, co trzy dni zmiana pościeli (która także musiała być prasowana). Odkurzanie, mycie żyrandoli i włączników światła. Segregacja i wynoszenie śmieci. Parapety, taras. Podlewanie kwiatów. Mycie drzwi, framug, pastowanie butów. Cotygodniowe porządki w szafach ubraniowych. Raz w miesiącu mycie okien (ale ostatni raz na początku listopada).
Admin: I cały czas w uniformie.
Agnieszka: Tak, od 7 rano do późnego wieczora. I mimo że może zabrzmi to jak próba zracjonalizowania sobie tego, czegoś co zostało mi tak brutalnie narzucone zaprzyjaźniłam się z moim uniformem. No może nieco przesadzam. Przestał mi przeszkadzać. Pani Lucia dostrzegła w końcu jak ciężko pracuje. Pani Teresa stała się nawet nieco przyjaźniejsza, do tego stopnia, że jednego dnia (ale tylko jednego) powiedziała mi że mam zrobić sobie przerwę. Ale fartuszka i tak nie zdjęłam. Dalej się bałam.