Od dłuższego czasu prowadziłem konwersację z Agnieszką która odpowiedziała na jeden z moich postów na grupach fejsbukowych. Nie sądziłem, że kiedykolwiek mi się to uda, ale razem udało nam się stworzyć długi, pogłębiony wywiad który obejmuje wszystkie aspekty jej pracy jako pomoc domowa za granicą. Na prośbę Agnieszki nie zamieszczam linków do jej profili w mediach społecznościowych ani zdjęć które mi podesłała.
Admin: Pochodzisz z małej miejscowości…
Agnieszka: Tak, z niewielkiego miasta na Podkarpaciu, położonego dwie godziny drogi od najbliższego dużego miasta. W 2016 roku, kiedy stąd wyjeżdżałam zatrzymywał się tam jeszcze pociąg, dziś jest tam zdezelowana stacja kolejowa i rozkradziona trakcja.
Admin: Wiele osób pracujących w korporacjach chciałoby się jednak przenieść na prowincję.
Agnieszka: Dla mnie to oznaczało wtedy brak perspektyw. Byłam ambitna, dobrze się uczyłam ale rodziców nie było stać na studia. Skończyłam szkołę policealną i z polecenia znalazłam pracę w ZUSie. Wchodziło wtedy 500+ i potrzebowali rąk do pracy. Obserwowałam jak młode dziewczyny nie traktowały to jak inwestycję. Po prostu mimo biedy robiły drugie dziecko
Admin: To wtedy narodził się u ciebie pomysł wyjazdu za granicę?
Agnieszka: Od dziecka chciałam wyjechać na wakacje zagraniczne, ale brak kasy wybił mi to szybko z głowy. Praca w małomiasteczkowym urzędzie to był szczyt marzeń. Mój chłopak powtarzał że mam się cieszyć z tego co mam. Sam pracował w tartaku, zarabiając gówniane jak na tamte czasy pieniądze (jak i ja). Próbowałam jeszcze dorabiać. Oferowałam mycie okien, malowanie pokoi, chodziłam na inwentaryzację do sklepów. Do nowo otworzonej Biedronki nie chcieli mnie przyjąć, może to zabrzmi śmiesznie ale trzeba było mieć plecy
Admin: Dziś nie do pomyślenia.
Agnieszka: No właśnie. Mogłam wyjechać. Do Krakowa, Rzeszowa, gdziekolwiek. I co by to dało? Z moim wykształceniem, albo, powiedzmy sobie szczerze, z moim brakiem wykształcenia skończyłabym na pokoju wykonując tak samo gównianą pracę, za to tracąc pieniądze na wynajem. Zaczęłam szukać pracy za granicę. Myślałam o Holandii albo Wielkiej Brytanii ale tam ciągle pada a jak nie cierpię takiej pogody. Potrzebowałam oprócz szczęścia finansowego także mocne dawki witaminy D. Wybór padł na Hiszpanię.
Admin: W jaki sposób zaczęłaś szukać pracy? Miałaś rodzinę w Hiszpanii, kogoś komu mogłaś zaufać?
Agnieszka: Nic a nic. Nikogo takiego nie było. Zaczęłam przeglądać fora internetowe, grupy facebookowe, portale z ogłoszeniami o pracę. Z tyłu głowy wiedziałam jak to może być niebezpieczne. Przyjaciółka straszyła mnie że skończę w burdelu, albo co najmniej ktoś mnie oszuka i zostanę z niczym. A żeby wyjechać musiałam się zapożyczyć. To była droga w jedną stronę. Zaczęłam uczyć się podstaw języka hiszpańskiego i zaczęłam odpowiadać bezpośrednio na lokalne ogłoszenia. Używałam translatora aby moja wiadomość miała jakikolwiek sens, dodawałam też wersję angielską. Wysyłałam tak przez kilka miesięcy, z praktycznie zerowym odzewem.
Admin: Nie zniechęciłaś się?
Agnieszka: Było blisko. Rodzice mówili abym dała sobie spokój. Że może dostanę podwyżkę albo awans w ZUSie, a to w końcu urząd i pewna praca aż do emerytury. Nie chciałam tak żyć, kłóciliśmy się, a po ochłonięciu wysyłałam następne ogłoszenia. Chciałam „życia jak w Madrycie” jak to się wtedy mówiło, a czekało mnie bycie zgorzkniałą urzędniczką za psie pieniądze.
Admin: Los się w końcu do ciebie uśmiechnął
Agnieszka: Pamiętam to jak dziś, brzydkie marcowe popołudnie, zimno, szaro, wróciłam do domu po kolejnym męczącym (psychicznie) dniu pracy. Tego samego dnia dostałam reprymendę od naczelnik urzędu, złożono na mnie drugą już skargę. Miałam dość. Zrobiłam herbatę i włączyłam laptopa. Dostałam długą, naprawdę długą odpowiedź na mojego maila. Akapit po akapicie zaczęłam wklejać do translatora, bo mój hiszpański dalej był bardzo prymitywny. Napisała do mnie Pani Lucia mieszkająca w Madrycie, stwierdzając że moja kandydatura wydaje się najlepsza z dotychczasowych. Od początku widać była że jest szczera, bo dodała mi że nie chce znowu zatrudniać Filipinki (bo za dużo mówią pod nosem) albo dziewczyny o czarnym kolorze skóry (bo mają specyficzny zapach). Już w pierwszym mailu napisała, że jej mama zatrudniała kiedyś Polkę i że może zaoferować mi pracę jako interna. Na początku nie wiedziałam co to znaczy i nie udawało mi się znaleźć nic na ten temat w internecie.
Admin: Co było dalej?
Agnieszka: Umówiliśmy się na rozmowę przez telefon. Co ciekawe, mieliśmy ją przeprowadzić po angielsku. To było dla mnie znaczne ułatwienie. Co ja mówię, po hiszpańsku to bym pewnie zrozumiała pojedyncze słowa.
Admin: Jak wyglądała ta rozmowa? Co ustaliliście?
Agnieszka: Pani Lucia była wobec mnie bardzo miła. Mówiło bardzo wolno i wyraźnie, dla niej angielski także nie był codziennie używanym językiem. Powiedziała, że potrzebuje mnie od połowy sierpnia i że będę mieszkać w jej domu. Moje obowiązki to po prostu dbanie o dom i opieka nad dzieckiem, czyli w sumie nic czego bym się mogła bać.
Admin: Byłaś podekscytowana?
Agnieszka: Tak. Od razu się zgodziłam. Wysłała mi papiery do podesłania, które następnego dnia zeskanowałam i wypełniłam w pracy. Powiedziałam o tym jednej koleżance która pracowała w lokalnym oddziale banku spółdzielczego. Ucieszyła się razem ze mną, wypiłyśmy butelkę wina wieczorem. Obiecała że udzieli mi (oczywiście legalnie) pożyczki na wyjazd. Chciałam polecieć samolotem, po raz pierwszy w życiu
Admin: Wysiadasz z samolotu…
Agnieszka: Mimo że to głupie (i widziałam takie ckliwe sceny tylko na filmach). Pani Lucia czekała na mnie w hali przylotów trzymając kartkę z moim imieniem. No prawie z moim, bo zamiast „Agnieszka” było „Agnieshka” ale to nie miało wtedy żadnej znaczenia. Ale nawet bez tej kartki od razu bym ją poznała. Była piękną, elegancką kobietą. Makijaż, droga sukienka, drogie buty i błyszczące zęby. Wsiedliśmy do luksusowego Land Rovera, oczywiście nie pomogła mi z bagażem. Ale wcale mnie to nie zdziwiło. Usiadłam z tyłu, ale z własnej woli. Jechaliśmy prawie pół godziny (korki) aż trafiliśmy do dzielnicy Chamartin w której znajdowały się luksusowe apartamentowce.
Admin: Pierwsze wrażenie?
Agnieszka: Byłam onieśmielona. Nie sądziłam że ze madryckie mieszkania mogą być tak duże. To nie było po prostu mieszkanie. To był dwu-kondygnacyjny apartament, każde piętro miało ponad 100 m2. Prowadziły do niego dwie windy (w tej jedna prosto do kuchni). Pani Lucia oprowadziła mnie pokazując pozostałe pomieszczenia. Pięć sypialni (w tym jedna moja!), każda z osobną łazienką, salon, przedpokój, ogromny balkon, pomieszczenie gospodarcze (pralnia i prasowalnia, niewątpliwie moje miejsce pracy), biblioteczka i gabinet do pracy dla Pana domu, którego jeszcze nie miałam okazji poznać. Był on, jak mi powiedziała Pani Lucia, adwokatem i nie często bywał w domu. A jeśli bywał, to najczęściej siedział zamknięty w swoim gabinecie. Ale za to poznałam Claudię, dziesięcioletnią i nieco nieśmiałą córkę Pani Lucii, która jedyne co odpowiedziała to słodkie „¡Hola!„. I może to śmieszne, ale dopiero teraz uzmysłowiam sobie że Pani Lucia jest w zaawansowanej ciąży. Dlatego właśnie wspomniała w mailach o dzieciach, a nie o jednym dziecku.
Admin: Co cię jeszcze zaskoczyło?
Agnieszka: W mieszkaniu także był pies, naprawdę słodki maltańczyk który obszczekał mnie od góry do dołu a potem chciał się bawić. Ale o tym wspomniała Pani Lucia w rozmowie telefonicznej. O czym nie wspomniała, to że w domu mieszkał ktoś jeszcze. Parę miesięcy temu sprowadziła się tu Teresa, a raczej Doña Teresa, matka pana Alberto, która ma pomóc Pani Lucii w opiece nad noworodkiem. Coś mi nie grało, ale przecież nie mogłam pierwszego dnia zapytać, po co ja jestem potrzebna?
Admin: No właśnie…
Ciąg dalszy nastąpi